Mnie chyba najtrudniej przyznać się do zranienia. Skoro poczułam się zraniona znaczy, że zdarzenie lub człowiek byli ważni. A może z jakichś nieuświadomionych powodów dałam temu zdarzeniu wielkie znaczenie w swoim sercu, choć tak naprawdę, kiedy się przyjrzeć bliżej nie było to istotne, aż tak. Czy też tak masz? I kiedy nie chcesz przed samą/ym sobą przyznać się, że coś cię zraniło stosujesz kłamstwo – albo wmawiasz sobie, że to nic, albo kłamiesz dalej, aby i ten, którego zachowanie było dla ciebie raniące, nie dowiedział się, że było tobie z tym źle, że zachowałeś się z tego powodu „jak bobas” – płakałeś, krzyczałeś, rzucałeś poduszką ze złości, podarłeś zdjęcie, wyszedłeś i nie wracałeś tak długo, aby nie doszło do konfrontacji, usunąłeś numer z telefonu itp.
O czym to jest? Dla mnie to o bólu, o oczekiwaniach ( dużo można by o tym napisać, jednak nie teraz), ale i o niedojrzałości do prawdy, że emocje zawsze będą wpływały na nasze zachowania. A im intensywniejsze emocje, tym dziksza odpowiedź naszego ciała. Oczywiście są tacy, którzy nigdy się nie złoszczą, zawsze się uśmiechają i „panują” nad emocjami. Ale z mojego osobistego doświadczenia widzę, że takim osobom ( w tym mnie samej wielokrotnie) równie ciężko jest poczuć autentyczną radość, ekscytacje, entuzjazm czy nawet zwykłe zadowolenie ( co często prowadzi do postawy narzekania i czarnowidztwa).
Dlaczego tak jest? Może, dlatego, że gdy byliśmy dziećmi mówiono nam, że nie wolno krzyczeć, gdy coś cię wkurza, że nie należy skakać z radości, bo to głupio wygląda, albo trzeba być cicho, gdy cię krzywdzą, bo się wyda, bo to dorosły i wie, co robi etc. Kazano nie płakać, bo to wstyd być beksą lub nie rozklejać się, bo trzeba być silnym i dawać sobie w życiu radę. Mówiono, że nie wolno cieszyć się nadmiernie i kochać bardzo, bo trzeba być skromnym, przyzwoitym i umiarkowanym.
No i jeśli w to uwierzyliśmy, a ciężko nie uwierzyć, gdy autorytety (dorośli, nauczyciele, lekarze) mówią nam takie rzeczy, to przestajemy się przyznawać do „głupich” zachowań. A jeśli takie zachowanie się wyda, próbujemy to tuszować różnorodnym tłumaczeniem, wymyślaniem historii – a wtedy jeszcze bardziej czujemy się pokonani własnym zachowaniem.
Mnie chyba najtrudniej przyznać się do zranienia. Skoro poczułam się zraniona znaczy, że zdarzenie lub człowiek byli ważni. A może z jakichś nieuświadomionych powodów dałam temu zdarzeniu wielkie znaczenie w swoim sercu, choć tak naprawdę, kiedy się przyjrzeć bliżej nie było to istotne, aż tak. Czy też tak masz? I kiedy nie chcesz przed samą/ym sobą przyznać się, że coś cię zraniło stosujesz kłamstwo – albo wmawiasz sobie, że to nic, albo kłamiesz dalej, aby i ten, którego zachowanie było dla ciebie raniące, nie dowiedział się, że było tobie z tym źle, że zachowałeś się z tego powodu „jak bobas” – płakałeś, krzyczałeś, rzucałeś poduszką ze złości, podarłeś zdjęcie, wyszedłeś i nie wracałeś tak długo, aby nie doszło do konfrontacji, usunąłeś numer z telefonu itp.
O czym to jest? Dla mnie to o bólu, o oczekiwaniach ( dużo można by o tym napisać, jednak nie teraz), ale i o niedojrzałości do prawdy, że emocje zawsze będą wpływały na nasze zachowania. A im intensywniejsze emocje, tym dziksza odpowiedź naszego ciała. Oczywiście są tacy, którzy nigdy się nie złoszczą, zawsze się uśmiechają i „panują” nad emocjami. Ale z mojego osobistego doświadczenia widzę, że takim osobom ( w tym mnie samej wielokrotnie) równie ciężko jest poczuć autentyczną radość, ekscytacje, entuzjazm czy nawet zwykłe zadowolenie ( co często prowadzi do postawy narzekania i czarnowidztwa).
Dlaczego tak jest? Może, dlatego, że gdy byliśmy dziećmi mówiono nam, że nie wolno krzyczeć, gdy coś cię wkurza, że nie należy skakać z radości, bo to głupio wygląda, albo trzeba być cicho, gdy cię krzywdzą, bo się wyda, bo to dorosły i wie, co robi etc. Kazano nie płakać, bo to wstyd być beksą lub nie rozklejać się, bo trzeba być silnym i dawać sobie w życiu radę. Mówiono, że nie wolno cieszyć się nadmiernie i kochać bardzo, bo trzeba być skromnym, przyzwoitym i umiarkowanym.
No i jeśli w to uwierzyliśmy, a ciężko nie uwierzyć, gdy autorytety (dorośli, nauczyciele, lekarze) mówią nam takie rzeczy, to przestajemy się przyznawać do „głupich” zachowań. A jeśli takie zachowanie się wyda, próbujemy to tuszować różnorodnym tłumaczeniem, wymyślaniem historii – a wtedy jeszcze bardziej czujemy się pokonani własnym zachowaniem.